Sanackie obozy koncentracyjne

Bojówki komunistyczne, które dzisiaj znane są pod hasłem antify istniały zawsze. U nas jest ich raczej mało, siedzą raczej cicho. U nas promowanie komunizmu przyjmuje obecnie raczej cywilizowane metody, gdyż jakby nie patrzeć mieliśmy okazje odczuć na sobie, a raczej nasi rodzice i dziadkowie, spustoszenie jakie zawsze towarzyszy urzeczywistnianiu czerwonego ideału braku prawa własności i wolnego rynku. Na zachodzie społeczeństwo nie ma tak przykrych doświadczeń w pamięci toteż toleruje takie rzeczy jak używanie podczas „pokojowego protestu przeciwko faszyzmowi” przez członka rozpoznawanej oficjalnie w części stanów za organizację terrorystyczną, domowej roboty miotacza ognia użytego w kierunku udających się do samochodów po rozwiązaniu przez policję manifestacji oczywiście – faszystów. Lewak odłożył miotacz dopiero po ostrzegawczym strzale w ziemię w wykonaniu jednego z uczestników protestu, za co jest został aresztowany, a lewak wolny lata po lewackich mediach i opowiada swoją wersje, która nijak nie pokrywa się nagraniami z kamer. Zbaczam jednak z tematu.

Takie rzeczy nie wstrząsają jeszcze społeczeństwem. Takie bijatyki na ulicach nikogo nie ruszają, a nawet z racji dość dużego waloru rozrywkowego są pożądane. Społeczeństwo jest bardzo tolerancyjne, jednak do czasu. Latanie po ulicach i wmawianie ludziom rasizmu, szowinizmu i byciem faszystą to jedno, a nielegalne wbijanie na chatę bogatym farmerom i przejmowanie ich majątku (długo długo przed legalną nacjonalizacją) jak to robiły bojówkarze Allendego w Chile to drugie. Normalnie lewactwo wbiegało do domu farmera, ładowało mieszkańców do samochodu, wywoziło kilkaset kilometrów i normalnie dzielili się 60 czy 80 hektarowym gospodarstwem i uprawiali sobie pole. To też jednak społeczeństwo w miarę tolerowało, jednak rok czy dwa takiej tolerancji i nawet partia lewicowa opuściła koalicję z komunistami i przyłączyła się do „faszystów” razem, legalnie, na mocy konstytucji odwołali Allendego ze stanowiska prezydenta. Mieli takie prawo, gdyż jeżeli w wyborach żaden z kandydatów nie uzyskał większości głosów to w ordynacji nie było drugiej tury tylko parlament decydował który z kandydatów będzie prezydentem. Allende nie podporządkował się woli parlamentu, więc parlament poprosił generała Pinocheta, aby siłą usunął Allendego. Nie bardzo parlament miał jak poprosić policję, gdyż ta w Santiago została przez Allendego rozwiązana kilka dni czy tygodni wcześniej, a ulice zaczęli patrolować ubrani w mundury policyjne i wyposażeni w karabiny „młodzi, wykształceni z dużych miast”, członkowie partii i młodzieżówki komunistycznej. Z tego co pamiętam to właśnie było iskrą, która zerwała koalicje. Bo o ile kraść ludziom pieniądze to lewica komunistom pozwoli, ale aby wszyscy „policjanci” należeli tylko do jednej partii to już było dla lewicy zagrożeniem. Dalszy przebieg wydarzeń znacie, a generał do dzisiaj jest podziwiany, tak samo jak niedościgniony wzór PISS i lider rządu sanacyjnego marszałek Piłsudski w Polsce, który stosował podobną co Pinocheta formę walki z komunistami. Chociaż w jego przypadku to raczej chodziło o przeciwników politycznych, a niekoniecznie samych tylko komunistów.

Oto fragment zeznań/wspomnień jednego z komunistów przetrzymywanych w polskim obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej. Chociaż jak podczas wojny nie było Niemiec tylko trzecia rzesza zamieszkiwana przez wymarłe plemię nazistów to chyba powinienem powiedzieć sanackie obozy koncentracyjne w Sanacji.
„Wilczyński zmusił literata Żyrmana, by wykopał sobie dół, a następnie kazał go zasypać aż po szyję. Gosławski kazał pokryć rozciągniętego na ziemi robotnika białoruskiego Mozyrkę liśćmi i urządzał sobie po nim spacery. Wieczorem tego samego dnia Mozyrko zapadł na ostre zapalenie płuc i w kilka dni później zmarł. W karcerze zamęczony został na śmierć student z Wilna, Germaniski. Bijąc nas żądali, byśmy krzyczeli: „Nie będę więcej komunistą!” Na palcach można było policzyć tych, którym okrzyk ten wyrwano z ust – reszta milczała… Doprowadzało to katów do wściekłości. Dwa trupy, przeszło stu ciężko pobitych, których musiano zabrać na izbę chorych – oto krwawy plon zebrany 9 maja przez siepaczy Berezy. Z początkiem czerwca zapędzono nas do pracy przy „kompocie” (tak się nazywała w Berezie robienie z ludzkich wydzielin nawozu). Z dołów kloacznych wybieraliśmy wiadrami ekskrementy, wlewaliśmy je do specjalnych beczek-wozów i jechaliśmy w pole. Tutaj kopaliśmy głębokie jamy, do których zsypywano słomę, następnie na rozkaz Korczyńskiego niektórzy z nas schodzili na dół. Z góry wylewano zawartość beczkowozów, obryzgując stojących na dole. Teraz zaczynała się właściwa „praca”: wszyscy rękoma i nogami ugniataliśmy słomę zmieszaną z kałem. Co kilka minut policjanci komenderowali: „Padaj! Powstań!”

Dodaj komentarz