Garść angielskich przepisów

Wielka Brytania co prawda jest na 14 miejscu na liście wolności gospodarczej, ale pierwsze 4 miejsca zajmują odpowiednio Hong Kong, Singapur, Australia i Nowa Zelandia. Jak wiemy kraje te przez długi czas były związane z Wielką Brytanią, od której przejęły prawo, zwyczaje i swego rodzaju sposób myślenia. Polacy też starają się naśladować rozwiązania prawne, które podbiły świat, ale jakoś im to nie wychodzi. Zawsze muszą dołożyć coś od siebie i w efekcie popsuć całość.

W ostatni weekend odbyło się pierwsze zorganizowane przez ASBIRO szkolenie dla polskich przedsiębiorców, którzy chcą otworzyć firmę w Wielkiej Brytanii. Chociaż to raczej polegało na „odwyku” od polskich naleciałości. Ciekawym zjawiskiem było obserwowanie wijącego się brytyjskiego księgowego/przedsiębiorcy, który nie zawsze rozumiał zadawane pytania. Trochę trwało zanim załapał co to jest PKD, GIODO, SANEPI czy PIP. Dzisiaj trochę o tym, jak Polacy spieprzyli ułatwienia dla biznesu.

Na pierwszy ogień weźmiemy możliwość założenia spółki przez internet. Taka możliwość istnieje w Polsce jak i w Wielkiej Brytanii. Ale są to jakby dwa inne sposoby, gdyż nasze procedury nawet przy internecie nie leżały. Jeżeli chcemy w Polsce zarejestrować spółkę przez internet to jesteśmy ograniczeni do użycia jednego z czterech wzorów umowy spółki. Jeżeli chcemy sami stworzyć umowę to i tak musimy iść do notariusza. Zanim wyślemy elektroniczny wniosek, musimy iść do urzędu założyć konto w systemie i/lub podpis elektroniczny, co oczywiście kosztuje. No ale wysłaliśmy nasz upragniony wniosek o rejestrację spółki. W tym momencie zamieniamy się w stan oczekiwania. Sąd może do nas odpisać na złożony wniosek od kilku do nawet 128 dni. Tyle czekałem na odpowiedź KRS przy rejestracji Fundacji ASBIRO. Mało tego. Jeżeli wniosek przejdzie, sąd nas o tym powiadomi i zobowiąże dostarczyć do sądu w ciągu 7 dni od otrzymania pisma wzór podpisu członków zarządu. Internetowa czy nie internetowa rejestracja i tak wymaga wysłania dokumentów.  A jak się nie wyśle o czasie, bo się np. wyjechało na miesiąc do afryki to odrzucą wniosek i cała szopka jeszcze raz, oczywiście wraz z drakońską opłatą, więc sędzia tylko patrzy aby uwalić wniosek.

Tymczasem w Anglii rejestracja przez internet polega naprawdę na rejestracji przez internet. Wystarczy 20 minut pracy i bez żadnego podpisu, nawet elektronicznego, bez żadnego notariusza rejestrujemy spółkę bez problemu. Jest to proste nawet do tego stopnia, że ja ją rejestrowałem w zasadzie przez telefon. Rozmawiałem z Markiem Niedźwiedziem i mu tylko dyktowałem dane z dowodu. Żadnego podpisu, żadnego notarialnego upoważnienia, wzoru podpisu czy czegokolwiek.

Kolejną Polską głupotą jest urzędowa korespondencja za pomocą listu poleconego. Wysyłają list. Czy odbierzesz czy nie odbierzesz i tak traktują list jako dostarczony. Pojawia się jednak jeden problem. Gdy cię nie ma w domu, listonosz zostawia tylko awizo, a po dwóch tygodniach cały list wraca do urzędu. My wracamy z wakacji i widzimy tylko awizo, że był jakiś list, nawet nie wiemy od kogo, ani co się stało. Nie mamy możliwości żadnego zareagowania pomimo tego, że teoretycznie jeszcze mamy czas na odpowiedź, gdyż poczta przez 14 dni próbuje dostarczyć list. Jeżeli się nie uda to sędzia traktuje 14 dzień jako dzień doręczenia. Ale jeżeli odbierzemy w 13 dniu to ciągle mamy jeszcze dodatkowe 7 lub 14 dni na odpowiedź.

W Anglii cała korespondencja jest wysyłana zwykłym listem. Takie rozwiązanie ma tą przewagę, że list jest w naszej skrzynce i kiedykolwiek wrócimy z wakacji, nawet 2 miesiące później to wiemy, że przeciwko nam jest toczone postępowanie, że urząd od nas coś chciał itp. możemy zadzwonić, zapytać się co się dzieje, może sprawa się jeszcze nie zakończyła i zdążymy zareagować, ewentualnie zapłacić grzywnę z odsetkami. W Polsce nawet byśmy o tej grzywnie nie wiedzieli.

W Anglii w przypadku ważniejszych spraw lub w sądzie, gdy chcemy przyspieszyć bieg sprawy możemy wynająć kogoś na wzór „kuriera przysięgłego”. Dostarcza on pisma urzędowe nawet jeszcze tego samego dnia. Na pewno widzieliście takie akcje na filmach, kiedy podchodzi człowiek, pyta się czy ma do czynienia z osobą o takim i takim nazwisku, po czym wręcza kopertę z pozwem.

Nawet jak już w Polsce istnieje ten kult pieczątki i podpisu to niech urzędy nadal wysyłają przesyłki czymś na wzór listu poleconego, ale takiego, który w przypadku nieodebrania przez nas przesyłki zostawia ją w skrzynce pocztowej. Skoro i tak jest traktowane jako dostarczone to niech będzie u mnie w skrzynce.

Skoro już przy sądach jesteśmy to czy wiecie, że w Anglii istnieją posiedzenia sądowe w postaci konferencji telefonicznych między sędzią i stronami? Wbrew pozorom nie jest to taka rzadka praktyka. Jest tak, gdyż proces sądowy wygląda trochę inaczej. Zanim rozpocznie się proces właściwy następuje seria kilku spotkań stron z sędzią. Taka mniej formalna rozmowa, mediacja, kiedy to jedna strona mówi co zarzuca drugiej, druga odpowiada na zarzuty. Jak któraś ze stron się nie zjawi to przegrała sprawę z automatu, toteż możliwe jest telefonowanie. Na takim spotkaniu sędzia decyduje czy warto organizować proces ze świadkami, biegłymi, protokołem itp., może też wydać wyrok. Przeważnie w takim nazwijmy to procesie przygotowawczym strony dochodzą do porozumienia, gdyż rozpoczęcie procesu wiąże się z dużymi kosztami dla obu stron. Podczas takiego spotkania można razem z sędzią i stroną przeciwną ustalić datę rozprawy. Oczywiście ostatecznie to sędzia decyduje, ale idzie się dogadać, aby np. nie wypadała w dniu w którym naprawdę nie możecie się zjawić. W Polsce nikt ciebie nawet nie pyta czy taka data ci pasuje. Rozprawa wychodzi w dzień ślubu Twojej córki i potem tłumacz się z nieobecności.

Jednak nie to jest siłą sądów. Znajomy miał bardzo skomplikowany proces o kilka milionów dolarów z międzynarodowymi świadkami itp. Trwał on w sumie 4-5 lat, gdyż raz doszli do ugody, została ona złamana itp. długo by opowiadać. Adwokat przeciwnej strony któregoś razu poprosił o przełożenie posiedzenia sądu gdyż zmarł mu ojciec. Przez przypadek kolega dowiedział się, że w innej sprawie kilka lat wcześniej ten sam adwokat, pracując dla tego samego klienta też odwlekł sprawę tłumaczył się śmiercią ojca. Po zgłoszeniu sprawy sędzia sprawdził w aktach i potwierdził ten fakt. Adwokat w tym samym dniu stracił prawo wykonywania zawodu.

Podobny przykład z Polski. Niejaki Maciej Lisowski, brylujący w mediach adwokat z Fundacji Lex Nostra, prywatnie kawał chama przeciwko któremu prokuratura prowadzi śledztwo o oszustwa na kilkaset tysięcy złotych. Mieliśmy razem z nim zakładać spółkę akcyjną. Wpłaciliśmy pieniądze tytułem nabycia akcji, a potem grubas spółki nie zarejestrował, a jak przyszło do oddania pieniędzy to się okazało, że je zdefraudował. Zresztą nieważne. Ważne jest to, że Lisowski na sprawy sądowe się nie zjawia. Zostawia zwolnienie lekarskie i prosi o odroczenie. Po kolejnej sprawie znajomi poszli tego samego dnia do jego biura przedstawili się jako potencjalni klienci i bez problemu zastali go w swoim gabinecie pracującego jak w każdy inny dzień. Sędzia zobaczył zebrane niezbite dowody za oszustwo i … nic. Napisał do ZUS czy Lisowski brał pieniądze za te dni choroby czy tylko zwolnienie do sądu zaniósł. Jakby to miało jakieś znaczenie. Jak sprawa się rozwinie nie wiem, ale ubaw z kraju dziadów przedni.

Z innych ciekawych angielskich przepisów to nie ma obowiązku spisywania pisemnej umowy o pracę. Nie ma obowiązku ewidencji pracy.  Nie ma dodatkowych płatności za nadgodziny. Jeżeli wymaga tego sytuacja w firmie to pracownik nie może odmówić pracy do 48 godzin tygodniowo. Te nadpracowane godziny pracodawca przeważnie oddaje w formie wolnych godzin w innym okresie.

W Anglii nie ma podatku od darowizn. U nas też chcieli go znieść, ale im nie wyszło. Co prawda w obrębie rodziny możemy sobie darować ile wlezie, ale musimy to zgłosić do Urzędu Skarbowego, aby wiedzieli ile komu i po co. Ciekawym w Anglii jest to, że jeżeli osoba od której otrzymujesz darowiznę umrze w ciągu 7 lat to taka darowizna będzie obłożona podatkiem spadkowym o ile jej wartość przekracza 325 tys. funtów.

Z takich księgowych ciekawostek to cała strata z roku obrotowego jest przenoszona do następnego. W Polsce jak w jednym roku masz stratę miliona, a w drugim zarobisz milion to zapłacisz podatek od 500 tys. zł. Gdyż możesz przenieść tylko połowę straty. W Anglii przenosisz całą stratę i nie jesteś ograniczony zaledwie 5 latami.

Anglicy nie wiedzą co to jest PKD. Oj ilu przedsiębiorców dostało mandaty za to, że robili jakieś drobne rzeczy i nie wpisali to w PKD. Zresztą cały system PKD to w Polsce jedna wielka hipokryzja. Jest to obowiązek który służy do celów statystycznych. Praktyka mówi nam, że firmy wpisują w PKD co tylko się da, aby nie podpaść oraz starają się przewidzieć czym będą zajmować się w przyszłości, gdyż  zmiana PKD dla spółekk z o.o. to kilkaset złotych i spora dawka nerwów. Im więcej wpiszemy tym lepiej. Potem GUS ładnie informuje, że mamy w Polsce tyle a tyle firm zajmujących się szkoleniami, tyle a tyle firm zajmujących się budowlanką czy tartaków, choć to wszystko tak naprawdę o dupę potłuc. W Anglii jest coś podobnego do PKD, ale działa inaczej. Każdy może robić co tylko chce. W rocznym sprawozdaniu tylko jest miejsce, aby napisać ile mniej więcej w jakim „PKD” zrobiło się jakie obroty i tyle.

Rozliczenie ze skarbówką raz do roku. Nawet VATowcy (tacy mali do miliona funtów o ile dobrze pamiętam) mogą się z VAT-u rozliczać raz do roku, a nawet jest coś takiego jak podatek VAT płacony ryczałtem.

W Polsce coraz głośniej mówi się o podatku od faktur. Problem polega na tym, że podatek płacimy z chwilą wystawienia faktury. Jeżeli chcemy skasować klienta na milion złotych to do skarbówki musimy zanieść ok 340 tys. VATu i dochodowego. Jak nam klient zapłaci jest ok, jak nie to jest problem. W Anglii jest ten sam problem.

W Polsce rozwiązuje się go tym, że jeżeli klient nie płaci przez pół roku to musimy mu wysłać zawiadomienie, że nie płaci powyżej pół roku. Jak nam nie wpłaci po 14 dniach od otrzymania zawiadomienia to możemy sobie VAT odliczyć, jednak to na nas ciąży obowiązek udowodnienia prawidłowego doręczenia takiego zawiadomienia. Z odzyskaniem podatku dochodowego jest jeszcze gorzej. Musimy wnieść sprawę do sądu, uzyskać tytuł egzekucyjny, iść do komornika i ten musi umorzyć sprawę. Ładnych kilka lat zabawy dopiero wtedy możemy tę wierzytelność wpisać sobie w koszty.

W Anglii jest o wiele prościej z dwóch powodów. Po pierwsze system funkcjonuje podobnie jak w Polsce. Wystawiasz fakturę masz dochód i VAT zapłacić. Klient nie płaci pół roku, możesz automatycznie zwrócić sobie VAT, a wierzytelność wrzucić w koszty. Dłużnik ma podobny obowiązek, ale w drugą stronę. Nie trzeba nic nikomu wysyłać. Po drugie każda wystawiona faktura jest naszym przychodem, ale także każda otrzymana faktura kosztowa jest od razu kosztem. Nieważne czy za nią zapłaciliśmy czy nie. Oczywiście jak nie zapłacimy przez pół roku to musimy ją z kosztów wywalić i wrzucić z powrotem jak uregulujemy płatność. Daje to jedną fajną zaletę. Załóżmy, że do wykonania usługi wartej milion musimy kupić rzecze warte 800 tys. i bierzemy je na termin. Wystawiamy fakturę, klient nam nie płaci. W takim przypadku w Polsce podatek od faktury liczy się od miliona, gdyż 800 tys. nie jest kosztem, bo z natury rzeczy nie mamy z czego zapłacić. W Anglii podatek od faktury będziemy liczyć od 200 tys.

I tak dalej i tak dalej. Niby obowiązki takie same, ale trochę inne. Możecie sobie łatwo wyobrazić atmosferę i przebieg szkolenia. Angielski księgowy, który na pytanie o limit zwolnienia na kasę fiskalną odpowiada pytaniem – A co to jest kasa fiskalna? Zdziwienie w oczach uczestników bezcenne. Warto siedzieć z przodu i obserwować reakcję :). W zasadzie to księgowi i prawnicy na szkoleniu chyba więcej się nauczyli od nas, bo ich najczęstsza odpowiedź brzmiała – W Anglii tego nie ma. Oni się dowiedzieli co jest w Polsce, a uczestnicy się dowiedzieli czego w Anglii nie ma 🙂

Na koniec wisienka na torcie. Przy występowaniu o zwrot VAT, z doświadczenia średniej wielkości firmy księgowej,  średnio 1 na 100- 150 wypłat kończy się kontrolą, przeważnie telefoniczną. Kilkaset klientów księgowego przez ostatnie 5 lat miało razem 4 kontrole skarbowe (takie normalne jakie znacie z Polski). Oczywiście są to małe firmy, ale czy w Polsce jest to możliwe?

Z tego co wiem to na chwilę obecną 31 z 40 uczestników kursu już założyło spółki w Anglii i powoli się przeprowadzają. A jutro wyjeżdża kolejna grupa, za 2 tygodnie kolejna, za 4 tygodnie kolejna i kolejna i kolejna i tak w kilka miesięcy kilkaset osób ściągnę do siebie :).

Gdyby ktoś chciał się jeszcze wybrać zapraszam:
www.asbiro.pl/firmauk/

Natomiast 19-20 października w Warszawie będzie inauguracja naszego roku akademickiego. Wszystkie rekrutacje pobiły swoje rekordy, mamy 50% więcej studentów niż w zeszłym roku, a jeszcze przed nami najgorętszy ostatni tydzień. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie to genialne uczucie robić coś, co ludziom pomaga i co ludzie doceniają. Do zobaczenia.

18 komentarzy

  1. Rfał

    > Na koniec wisienka na torcie. (…) ale czy w Polsce jest to możliwe?
    Tak i to nawet bardzo często. Przypadek mój +znajomego: zwrot vat. Telefon z US, mailowe(!!!) dostarczenie odpowiednich faktur +rejestru zakupów/sprzedaży i tyle.
    Co prawda po całej sprawie otrzymałem 2 listy polecone z informacją o zaakceptowaniu mojego pisma +o zwrocie vat.

  2. Piotr W

    Hmmmm, a mnie zastanawia jedno. Czy nie lepiej żeby Pan zachował takie rzeczy dla siebie? Mówię o pomocy w przeniesieniu kilkuset osób z działalnością do Wielkiej Brytanii? Wie Pan, może na chwilę obecną nic Panu nie grozi ale za pół roku jak Vincentemu się budżet nie zamknie to jakiś paragraf na Pana wymyślą na kolanie?

    Drugą sprawą o którą chciałem zapytać to przeniesienie małej, jednoosobowej firmy. Pisze Pan w poście o spółkach. A co jeśli chodzi o naprawdę małą działalność gospodarczą, z małymi przychodami? Do tej pory dawałem jakoś radę lecz w dobie kryzysu ponad 1000 zł za ZUS to dla mnie naprawdę spora kwota. Czy przenosiny za kanał La Manche w moim przypadku jest opłacalne? Za odpowiedź z góry dziękuję i pozdrawiam i życzę sukcesów.

  3. Tymuł

    Świetne podsumowanie – byłem tam widziałem zdziwione miny uczących i razem z uczonymi rozdziawiałem paszcze w niedowierzaniu że nie ma umów, PKD, że urząd zadzwoni do Ciebie i że – i tu hit- pracownik urzędu skarbowego zanim rozpocznie kontrolę ma za zadanie poznać Twój biznes!!

  4. Grzegorz Godlewski

    Na poczcie możesz taki świstek wypełnić i wtedy wrzucają polecone do skrzynki (o ile doręczyciel to sprawdzi).

  5. Artur Król

    Ehh, w takich chwilach żałuję, że jednak moja główna działalność to usługi, które fizycznie wykonuje w PL…

  6. torero

    Kamil, nie przeczę, że o prowadzeniu biznesu w Anglii nie mam pojęcia, ale jeśli Ty masz takie, jakie masz o przepisach w Polsce… to bez urazy, ale też nie masz za dużego [pojęcia :D]. Bo nie kwestionując samego faktu, że co do zasady biznes w EN prowadzi się zapewne łatwiej, połowy opisanych przez Ciebie problemów można zwyczajnie nie mieć, mając sensownego doradcę, o ile nie traktuje się księgowego jak piąte koło u wozu i jeszcze jeden zbędny wydatek typu prąd czy najem. To nie żaden „Układ” czy „patologia”, tylko własna nieudolność. Ale po kolei.

    > Sąd może do nas odpisać na złożony wniosek od kilku do nawet 128 dni.

    Owszem, ale zdarza się to naprawdę rzadko [choć ostatnio częściej przy okazji wylewania dziecka z kąpielą w postaci polowania na biura wirtualne, piszę o tym na http://torero.jogger.pl/2013/09/24/z-prac-rzadu-po-psl-18/. Na swój KRS czekaliśmy pod koniec 2011 2 tygodnie. Owszem, to dużo, ale to nie „do 128 dni”.

    > Kolejną Polską głupotą jest urzędowa korespondencja za pomocą listu poleconego. Wysyłają list. Czy odbierzesz czy nie odbierzesz i tak traktują list jako dostarczony.

    Nie miałeś widać w swojej praktyce do czynienia z misiami, nieodbierającymi poleconych i każącymi zostawiać awiza, a potem robiącymi maślane oczy pn. „przecież nie dostałem listu!” [oczy nawiasem mówiąc nieskuteczne, ale 90% narodu na takie numery się nabiera]. Ja miałem i uważam to akurat za sensowny zwyczaj. Nieodebranie z racji podróży po Afryce uprawdopodabnia fakt nieodebrania, przynajmniej w kontaktach b2b w sądzie, więc rzeczy typu ‚nie było mnie, a teraz przepadło’ przemyślałbym przed przepisaniem. W GB piszesz, że „może sprawa się jeszcze nie skończyła”. A może skończyła i może też masz już pozamiatane. Trochę obiektywizmu, do kroćset.

    > Anglicy nie wiedzą co to jest PKD. Oj ilu przedsiębiorców dostało mandaty za to, że robili jakieś drobne rzeczy i nie wpisali to w PKD.

    Mandaty za PKD? Cóż… pogratulować doradców. Do PKD – choć to oczywiście głupota co do założeń, tutaj racja – nie wpisuje się jednej, ale wszystko, co popadnie i na drzewo nie spieprza. I problemu po prostu nie ma.

    Ostatnia rzecz wreszcie, tak na szybko – koszty, tendencyjność wpisu aż bije po oczach. Po pierwsze, do początku 2013 koszty były kosztami niezależnie od ich zapłaty, więc z tego, co piszesz [a raczej: czego nie piszesz] rozwiązanie było więc dużo liberalniejsze, niż w EN. Obecne rozwiązania – spaprane, fakt – mamy dopiero od początku tego roku. Uczciwość nakazywałaby to napisać.

    Nawiasem mówiąc procedury przy zakładaniu firmy porównałbym do rodzaju okładzin w samochodzie – owszem, deska rozdzielcza np. z cedru libańskiego fajna jest i miło ją dostać w standardzie, ale na jazdę wpływu nie ma. Podobnie z ułatwieniami przy załatwianiu firmy – byłoby oczywiście lepiej, gdyby było ich więcej, ale jeśli ktoś z tego względu rezygnuje z prowadzenia firmy, to sorry, ale z niego d**a, nie przedsiębiorca. Piszę to jako przedsiębiorca z ok. siedmioletnią praktyką nie po to, żeby się chwalić, tylko żeby mnie jakiś troll nie zwyzywał od teoretyków.

    I tak dalej, i tym podobne. Podobnie jak Ty uważam się za libertarianina, ale dlaczego mam coraz częściej wrażenie, że przy tworzeniu wpisów korzystasz z zasady, że jak chce się uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie?

  7. Kamil Cebulski

    @Torero
    Hej. No tak. W Polsce od 1 stycznia mozna niezaplacone faktury wliczyc w koszty. Taki jest komunikat 🙂 i skoro w Anglii tez tam mona to ludzie rozumieja ze to na takiej samej zasadzie. Znowu problem w szczegolach. W Polsce dla faktur z terminem do 60 dni sa inne procedury niz do faktur z termnem powyzej do tego wyjatki i urzednicze uznanie czy dana faktura podlega pod wyjatek czy nie podlega.

    Wynajmujac specjaliste mozna omijac problemy oczywiscie. Problem jest taki ze specjalista kosztuje. Im wiecej problemow tym wiecej specjalistow. I potem masz tak, ze prowadzenie ksiegowosci spolki pacisz specjalistom 12 tys. rocznie. W anglii za prowazenie spólki zapacisz 2-3 tys. rocznie i to nawet pomimo tego ze ksiegowy liczy sobie 100 funtów za godzine pracy, a w polsce maks 50 zl.

    @Rafal
    czytaj ze zrozumieniem. To zoancza ze miae kontrole telefoniczna czy mailowa, prawie jak w anglii. teraz podaj 150 przedsiebirocow ktorzy kontroli nie mieli wtedy bedzie idealnie jak w anglii.

  8. Wojtek S.

    W 1997 r. odliczyłem sobie (w Polsce) VAT za komputer i z automatu byłem wezwany na kontrolę do urzędu skarbowego. Podobno przy pierwszym odliczeniu VAT wzywali każdego do urzędu w celach edukacyjnych. A może po to, aby sprawdzić, czy firma faktycznie istnieje.

    Kiedy przyjechałem do Anglii, założyłem działalność, ale potem poszedłem do pracy etatowej i tamtym przestałem się zajmować. Po roku dzwoni telefon, to kontroluje mnie tamtejszy skarbowy. Byli zdziwieni, że zgłosiłem tylko 4500 funtów przychodu, więc jak mogę za taką kwotę wyżyć. Powiedziałem, że pracuję już na etacie, że nie prowadzę działalności, więc na tym kontrola się zakończyła. Ale byłem mocno zaskoczony tym telefonem i mój angielski był wtedy jeszcze słaby, więc skoro mnie wtedy uwierzono, to te brytyjskie kontrole chyba nie są zbyt dotkliwe. Od tamtej pory już nigdy nie miałem „kontroli” w UK.

  9. janosik

    Co to za namawianie do niepłacenia podatków i namawianie do wyjazdu do uk?
    A kto będzie pracował na moją emeryturę?

  10. grzes

    „My wracamy z wakacji i widzimy tylko awizo, że był jakiś list, nawet nie wiemy od kogo, ani co się stało” wystarczy pójść na najbliższą pocztę i podadzą nadawcę

  11. Martin

    W Polsce gdy przedsiębiorca wpadnie na jakiś pomysł, to w pierwszej kolejności musi sobie zadać pytanie „Czy to jest w Polsce legalne?” a gdy okaże się że tak, to musi sobie zadać pytanie „Czy sposób opodatkowania działań związanych z tym pomysłem przypadkiem nie powoduje, że jest nieopłacalny?”

  12. torero

    Nie „od 1 stycznia można w Polsce niezapłacone faktury wrzucać w koszty”, tylko „do 1 stycznia w koszty można było w PL wrzucać WSZYSTKIE faktury bez późniejszego ich wyrzucania z kosztów” – nawet te, których nie zapłaciliśmy.

    Prowadzenie spółki NIE zaczyna się od 1k miesięcznie, tylko od ok. połowy tej kwoty albo jeszcze niższej kwoty. Rozumiem, że reklamujesz swój biznes, ale nie siej przy okazji FUDu 🙂

  13. lila

    Proszę o odpowiedz na poniższe zapytanie, które zgłosił ktoś wyżej i które mnie również interesuje :

    Hmmmm, a mnie zastanawia jedno. Czy nie lepiej żeby Pan zachował takie rzeczy dla siebie? Mówię o pomocy w przeniesieniu kilkuset osób z działalnością do Wielkiej Brytanii? Wie Pan, może na chwilę obecną nic Panu nie grozi ale za pół roku jak Vincentemu się budżet nie zamknie to jakiś paragraf na Pana wymyślą na kolanie?

    Drugą sprawą o którą chciałem zapytać to przeniesienie małej, jednoosobowej firmy. Pisze Pan w poście o spółkach. A co jeśli chodzi o naprawdę małą działalność gospodarczą, z małymi przychodami? Do tej pory dawałem jakoś radę lecz w dobie kryzysu ponad 1000 zł za ZUS to dla mnie naprawdę spora kwota. Czy przenosiny za kanał La Manche w moim przypadku jest opłacalne? Za odpowiedź z góry dziękuję i pozdrawiam i życzę sukcesów.

  14. żaden miś

    lila, Paweł:
    ale jaka to działalność?
    Jak fizycznie wykonywana w PL (kwiaciarnia, sklep, kiosk)
    to tylko rozbudowany wariant (czyli sens przy większych
    sumach) spółka matka, a córka / oddział w PL.

    Jak usługi typu allegro, czy przez internet (nawet jak
    wysyłka jest z PL do PL), to zwykłe LTD i wylogowałeś(aś)
    w pełni legalnie z pod władzy polskiego ZUSu.

  15. Full Metal Jacket

    Tak trzymać!
    A wszystkim polskim przedsiębiorcom w UK gratuluję odwagi i życzę powodzenia.

  16. Lubel

    ja też szykuję się do założenia DG w UK. z tym że ja tu pracuję i mieszkam, ale chcę przejść na swoją działalnośc. i mam wrażenie, że tu więcej opiera się na WDT (dobra porada z tego zakesu dla osób w podobnej sytuacji jak moja: http://www.eporady24.pl/zalozenie_firmy_w_anglii_a_podatki,pytania,21,150,4816.html no i nie wiem, czy to UK jest bliżej „wielkiego świata”, czy w PL mamy zbyt mało kontaktów z innymi krajami UE i ta współpraca to rzadkość (?) nie mówiąc już o księgowaniu i fakturowaniu takich tranksakcji w PL, co jest poezja… 😉

Dodaj komentarz